wtorek, 18 grudnia 2012

Witajcie ludziska to znowu ja. Mam nadzieję, że uda mi się do piątku wyrobić z nowym rozdziałem. Przepraszam, że przez tyle czasu mnie nie było ale miałam małe problemy techniczne i postaram się wszystko nadrobić. ;D

sobota, 17 listopada 2012

Przepraszam ;D

Przepraszam jeśli w najbliższym czasie nic nie dodam ale przechodzę małe załamanie. Mam nadzieję, że to uszanujecie. Jeśli coś dodam to postaram się, żeby to było super. Trzymajcie kciuki. A i jeszcze coś jeśli przeczytaliście nowy rozdział to nie wstydźcie się dodać komentarza z opinią na następny raz się poprawię.

niedziela, 11 listopada 2012

Rozdział 4: "Mamo co ty tu robisz?..."

 Wstałam z ławki i wróciłam do domu. Szłam powoli nie zwracając na nic szczególniejszej uwagi, ale jednak moją uwagę przyciągnęły dwa światła w charakterystyczne kolorze niebieskim i czerwonym. W mojej głowie zapaliły się światła ostrzegawcze, poczułam, że to może być znów moja wina. Przyśpieszyłam kroku, przy moim domu stały aż trzy radiowozy. Podeszłam do pierwszego napotkanego policjanta. Był to nie wysoki, łysy pan z długą brodą.
-Przepraszam pana czy mogę o coś spytać?-Spytałam z grzecznością.
Policjant odwrócił się w moją stronę, zmierzył mnie wzrokiem i powiedział.
-Mów śmiało-miał taki męski głośny głos-nie martw się nie ugryzę cię.
-Co tu się stało?-zaniepokoiłam się ty co morze mi odpowiedzieć policjant- Nie było mnie w domu przez chyba godzinę.
-Mieszkasz tu?-Spytał mnie spokojnym głosem.
-Tak wyszłam tylko, żeby się spotkać z ...- Nie zdążyłam dokończyć, przerwał mi policjant.
-Spytałem tylko czy tu mieszkasz?
-Tak-odpowiedziałam twierdząco.
-Tyle mi wystarczy.
-Powie mi pan gdzie są moi rodzice?-czułam, że mogło się im stać coś złego.
-Twoi rodzice są w szpitalu...-teraz to ja mu przerwałam.
-Jak to w szpitalu, co się stało, czy nic im nie jest, w którym szpitalu?
Zaczęłam zasypywać go pytaniami, z moich oczu zaczęły lecieć łzy. Czułam tylko jak ktoś próbuje mnie uspokoić. Usłyszałam znajomy mi głos, który był chyba skierowany do mnie. Podniosłam wzrok w górę zobaczyłam moją mamę ledwo stojącą na nogach.
-Mamo co ty tu robisz?-zapytałam zaciekawiona-Nie jesteś w szpitalu?
-O mnie się nie martw, nic mi nie jest. Lepiej martw się o tatę...-Mart się o tatę co to ma znaczyć-...twój tata jest w szpitalu ma połamane żebra i uszkodzoną czaszkę.
-Nie chcę więcej słuchać lepiej nie stójmy tak jedźmy do tego szpitala!!! Co się tak patrzycie nie macie lepszego zajęcia???-nie mogłam opanować emocji czułam jak mi ręce się telepią.
Podszedł do mnie jakiś pan chyba chciał mnie uspokoić. Nie wytrzymałam już emocjonalnie i chciałam się na czymś wyżyć, odwróciłam się i odruchowo dałam nieznajomemu w twarz.
-Przepraszam, nie chciałam.-próbowałam się jakoś uspokoić i zaczęłam płakać.
-Nic się nie stało. Przyzwyczaiłem się, ponieważ jestem psychologiem. Widzę, że jesteś bardzo roztrzęsiona, może porozmawiamy???
-Może, ale na pewno nie teraz, nie mam czasu na razie.-odwróciłam się w stronę mamy-Jedźmy już do tego szpitala.
-Może was podwieść?-wtrącił się nieznajomy psycholog. Miał minę jakby mu na tym bardzo zależało.
-Z chęcią skorzystamy-odparła moja mama z uśmiechem na twarzy.
-To zapraszam-wskazał ręką na małego Mini Coopera. Ucieszyłam się, bo to moja ulubiona arka samochody. Samochód był cały czerwony z czarno-białą szachownicą na dachu. Pan okazał się dżentelmenem i otworzył mi drzwi. Ja usiadłam z tyłu na fotelu pokrytym miękkim szarym futerkiem, moja mama usiadła z przodu, żeby móc robić za nawigację i, żebyśmy się nie zgubiły.
-Możemy ruszać?-uśmiechnął się do nas kierowca.
-Jasne, że tak-odparłyśmy razem z mamą.
-Jeśli już razem jedziemy to może się lepiej poznamy. Ja jestem Ben Black, a wy jak się nazywacie???
-Ja jestem Bella Steward, a to moja córka...
-Katie Steward miło mi pana poznać.
-Wiesz, że nie ładnie jest się komuś wtrącać jak coś mówi.
-Trudno.
Nie przejęłam się tym co powiedziała moja mama. Byłam już tak zmęczona, że postanowiłam się przespać. Położyłam się na tylnich siedzeniach i zasnęłam.
-Kochanie wstawaj-usłyszałam cichy głos mojej mamy i poczułam jak próbuje mnie obudzić.
-Już dojechaliśmy???-spytałam ze zdziwieniem.
-Tak już jesteśmy na miejscu.
-Wstawaj śpioszku, muszę jechać do domu-odezwał się pan Ben.
-Już wstaję.
Wysiadłam z samochodu i powolnym krokiem zaczęłam iść do szpitala, ale zatrzymał mnie głos wołający do mnie.
-Nawet nie podziękujesz?-to była moja mama.
-Dziękuję panu bardzo.-nie miałam już na nic ochoty.
-Czekaj jeszcze chwilkę.
Podbiegł do mnie pan Ben i podał mi jakąś kartkę.
-To jest moja wizytówka w razie potrzeby psychicznej dzwoń.
-Dobrze chętnie skorzystam.-zauważyłam wielki uśmiech na jego twarzy-przeprasza, ale muszę już iść. Do widzenia, może.
-Do zobaczenia i dobrej nocy.
Odwróciłam się i poszłam dalej. Weszłam do szpitala, nigdy tam nie byłam i czułam się nieswojo. Podeszłam szybko do informacji, zwróciłam się do pierwszej napotkanej pielęgniarki.
-Przepraszam gdzie znajdę Max Stewarda???
-Pierwsze piętro, pierwsze drzwi po lewej.
-Dziękuję do widzenia.
Rozglądnęłam się dookoła i zauważyłam windę, a obok niej schody. Stwierdziłam, że nie opłaca się jechać windą na pierwsze piętro. Weszłam po schodach i weszłam do pierwszej sali po lewej stronie. Zauważyłam mojego tatę leżącego na łóżku z podłączoną kroplówką. Podeszłam spokojnie do niego, usiadłam na niebieskim plastikowym krześle.
-Tato słyszysz mnie???
-Kim jesteś???
-To ja twoja córka Katie.
-Przecież ja nie mam córki.
-Nie pamiętasz mnie???
-Ja wszystko dobrze pamiętam, ale nie pamiętam, żebym miał córkę.
Poczułam jak mój świat się załamuje. Usidłam na pustym łóżku stojącym obok i zaczęłam płakać. Pomyślałam czemu tylko mnie spotykają takie przykrości.


czwartek, 25 października 2012

Rozdział 3: " A cieszzysz się wg???"

Obudziłam się rano, zdziwił mnie fakt, że spałam w sukience i że nikogo nie ma. Usiadłam na łóżku i zaczęłam sobie przypominać co się wczoraj wydarzyło.
- No więc tak.
- Była tu policja,
- Rodzice są na imprezie i jeszcze nie wrócili
- Otwierałam prezenty z przyjaciółmi,
- Przyjaciele zostali u mnie na noc.
To chyba wszystko, bo później byłam tak zmęczona, że nic a nic nie pamiętam. Jak wsałam to moja uwagę przykuł list i koperta na stole. Podeszłam szybko do stołu chwyciłam list do ręki i zaczęłam czytać:
„Droga Alice
Przepraszam, że mnie przy tobie nie ma, ale moja mama zadzwoniła od razu jak zasnęłaś. Prosiła, żebym przyszedł do domu, więc najmocniej przepraszam. W kopercie, którą zaraz otworzysz jest prezent ode mnie, wszystkiego najlepszego.
Kocham cię Colin”
To było słodkie. Od razu wzięłam do ręki kopertę i ją otworzyłam. Momentalnie zaczęłam piszczeć. Były tam trzy bilety na koncert JB w Londynie, rezerwacja w trzy-gwiazdkowym hotelu oraz bilety na samolot w dwie strony. Chciałam się pochwalić mamie, ale jeszcze jej nie było. Nagle mnie olśniło „muszę mu podziękować”. Zaczęłam się szybko ubierać, założyłam to co miałam pod ręką. Zostałam w sukience tylko założyłam baseballówkę. Jak już miałam wychodzić, skontaktowałam, że jestem w kapciach. Wróciłam się, żeby przebrać buty. Ogarnęłam się i pobiegłam prosto do domu Colina. Zapukałam trzy razy jak zwykle. Drzwi otworzyła jego mama.
-Dzień dobry, jest Colin ? - zapytałam z przekonaniem, że chłopak jest w domu.
-Nie ma jest w skate parku.
-Dobrze, dziękuję, do widzenia.
Chciałam go jak najszybciej zobaczyć, ale brakło mi tchu i szłam wolniej. Jak już doszłam do skate parku zobaczyłam Colina jak siedzi na ławce. Znalazłam jeszcze trochę sił, żeby do niego podbiec. Od razu rzuciłam się mu na szyję.
- Ej, spokojnie! Co się stało?
- Otworzyłam kopertę i mało nie zemdlałam!
- A patrzyłaś kiedy lecimy?
- Nie, ale zaraz sprawdzę! - wyciągnęłam z kieszeni kopertę a z niej bilet - Że co w sobotę o 20.00, to przecież za tydzień.
- Niespodzianka!
Ale ja się nie wyrobię. Jeszcze ci przypomnę, że mieszkamy w Amsterdamie, a koncert jest w Londynie.
- No i co z tego?
- Ja nie polecę bo się boję.
- Mamy jeszcze do wyboru malucha mojej mamy.
- W ostateczności możemy pójść na kompromis.
- A cieszysz się wg?
- Co za tendencyjne pytanie, no jasne, że tak głuptasie.
- To dobrze.- Uśmiechnął się do mnie chłopak.
- A ie dni tam będziemy?
- Dwa tygodnie.
- Oszalałeś?
- Nie, wcale.
- A po co tak długo skoro koncert trwa tylko jeden dzień?
- Ty z nim spędzisz pierwszy tydzień, a drugi jest dla nas.
- OMG! - zaczęłam piszczeć - To coś cudownego. Zaczynam kochać cię jeszcze bardziej!

 

wtorek, 9 października 2012

Rozdział 2: " Rozległo się głośne... "

Zobaczyłam w drzwiach niewielką gromadkę znajomych mi ludzi z górą prezentów.
- Zapraszam do środka. Chodźcie na górę.
Po chwili usłyszałam głos mojej mamy.
- Córciu my jedziemy zawieść Daniele do babci wrócimy za 2 godziny.
- Dobra idźcie już pa pa.
Pobiegłam do kuchni przygotować talerze i kieliszki. Wyciągnęłam wielkiego tora z lodówki, oraz szampana, o którego zrobiłam awanturę.
- Chodźcie wszyscy do kuchni!
- Po chwili było słychać wielkie przepychanki na schodach
 - Przesuń się!!
- Byłem pierwszy!
- Nie, bo ja!
- Ale bez krzyków chłopcy.
Rozdałam wszystkim po kieliszku z szampanem i kawałku tortu. Zaśpiewali mi „sto lat” i złożyli życzenia po kolei. Dostałam na koniec od każdego po całusie.
- Chyba czas zacząć imprezę!
- To niech ktoś włączy radio.
- Mamy tylko godzinę, żeby się zabawić!
- Tylko nie przesadzajcie!
Jak się zaczęła impreza nie wiedziałam co się w ogóle dzieje. Poczułam jedynie na sobie oddech Colina. Odwróciłam się do niego, poczułam jak zaczyna mnie całować. Poczułam się swobodnie i przyjemnie. Moją chwilę rokoszy przerwały tylko głośne syreny policyjne. Były tak głośne jakby stały tuż pod naszym domem. Nie myliłam się. Wszyscy moi goście zaczęli uciekać oprócz Colina i Louise. Rozległo się głośne pukanie do drzwi.
- Policja, proszę otworzyć!
 - Proszę poczekać chwileczkę.
Nie wiedziałam co mam teraz robić. Chodziło mi po głowie pełno myśli np.: „co jak rodzice się dowiedzą?” lub „fajnych mam przyjaciół” itd.
Podeszłam do okna i jeszcze bardziej się wystraszyłam się jeszcze bardziej, bo z policją rozmawiali moi rodzice.
- Co się stało panie władzo? - spytałam ze strachem w oczach - Czy to coś poważnego?
- Już twoi rodzice nam wszystko wyjaśnili.
A ty do domu młoda damo-krzyknął tato.
- Już idę. - powiedziałam niechętnie.
Weszłam do domu i stanęłam jak wryta.
- Jaki tu burdel, trzeba tu szybko posprzątać. - Wszędzie był popiół po papierosach, rozbite butelki po piwie i szampanie. - To jakiś skandal!
- Pomorzem tobie jak chcesz?
- Chociaż na was mogę liczyć. Chodźcie tu - przytuliłam ich mocno i nie chciałam puścić.
- Ej przecież mieliśmy sprzątać.
- No to szybko.
Na szczęście zdążyliśmy posprzątać zanim moi rodzice przyszli.
- Co to ma znaczyć? Masz nam coś do powiedzenia?
- Nie wiem o co wam chodzi?
- O co nam chodzi? Czemu sąsiedzi musieli wezwać policję?
- No co urządziliśmy sobie małą imprezkę.
- Jeśli to była mała imprezka to ja jestem święta.
- Ojeju o wszystko macie pretensje. Nie chce mi się z wami gadać, spadam stąd. Chodźcie idziemy na górę, do mnie do pokoju.
- Alice jeszcze jedno, idziemy z przyjaciółmi na imprezę z przyjaciółmi. Tylko, żeby nikt już nie musiał wzywać policji!
- Dobra idźcie już! - skierowałam się do przyjaciół - Dobrze że wychodzą.
- Może rozpakujemy twoje prezenty? - zaproponowała Louise.
- Dobra, ale ja otwieram.
- Spoko.
Zaczęliśmy przenosić prezenty do mnie do pokoju. Wzięłam do ręki pięknie zapakowany w papier z kotkiem, skromny prezent. Otworzyłam go i... zaczęłam krzyczeć.
- Bandamki, wszystkie kolory, ale super!
Ucieszyło mnie to, bo kocham bandamki. Zawsze chciałam je mieć, ale nie miałam pieniędzy. Otwierałam wszystkie prezenty po kolei, dostałam min.
  • Baseballówkę (czarno-białą)
  • Naszyjnik z sową
  • Czapkę skateówkę (niebieską)
  • i parę innych mniej ważnych rzeczy.
- My musimy już iść.
- Nie możecie zostać na noc???
- W sumie to nie jest taki zły pomysł.